-

atelin

Niemiec wyszydzony.

Niemiec wyszydzony.

 

Otóż nabyłem drogą kupna w Klinice Języka książkę Stanisława Dzikowskiego „Niemiec wyszydzony”. Okazało się, że przedmowę napisał Gabriel Maciejewski. To w sumie wystarczyło, aby pochłonąć tę lekturę przez trzy nocne godziny, ponieważ ma raptem 169 stron. Nie było to trudne, ponieważ w jednym szpitalu miałem dyżur, a w drugim (równolegle) również. I ten drugi dyżur poświęciłem na czytanie. Jasne, że robię sobie jaja, ale jaja się skończyły.

Jeżeli spodziewacie się Państwo, że to jest zbiorek kawałów typu: złapał diabeł Polaka, Niemca i Ruska to się zawiedziecie. Srodze się zawiedziecie. Aczkolwiek jeden (jedyny bodaj) kawał był: str. 83/84

Gdzieś w kraju neutralnym znajdowała się większa ilość uzdrowieńców różnych narodowości. Dla braku innego zajęcia zorganizowali oni między sobą osobliwe zawody. Chodziło o to, kto najdłużej przykry zapach przetrzyma. Ponieważ najbardziej nieprzyjemna jest woń starego kozła, postanowiono rozegrać zawody na terenie jego stajni. Pierwszy wszedł tam Francuz, który już po kilku minutach wypadł stamtąd jak oparzony i pierwszy zakład przegrał. Nie lepiej powiodło się Anglikowi, który jednak nieco dłużej od Francuza wytrzymał. Wreszcie do stajni wszedł Niemiec. Czekano bardzo długo, nikt się nie ukazywał. Dopiero po dłuższym czasie wypadł ze stajni stary kozioł wołając:

- Nie, z tym Niemcem wytrzymać niepodobna!

Facecja jak facecja.

Nawet Autor to przyznaje, że to jednak poczucie humoru nieco ludyczne, w sumie takie samo jak kawały o Polaku, Niemcu i Rusku złapanym przez diabła. Niby nas śmieszyły, kiedy dziećmi będąc, wymienialiśmy między sobą na koloniach.

To strona 83/84, ale jaja się skończyły na stronie 21. To rozdział pierwszy pod tytułem „Dawniej i dziś”. Te jaja się skończyły zanim się zaczęły, pisze bowiem Dzikowski: „Tu i owdzie przewija się i samokrytyka, jak np. w takich przysłowiowych ujęciach: Co Anglik zmyśla, Francuz skreśli, a Niemiec doma nakrupi, wszystko to głupi Polak kupi.”

Zacząłem od strony 83, cofnąłem się do 21. A pomiędzy też rodzynki:

str. 24 – skąpstwo;

str. 64 – złe kartofle;

str. 63 – niemiecka kiełbasa, o której mówił Bismarck, że nie można zdradzać przepisu na robienie kiełbasy i polityki;

Jest sporo tych rodzynków, które każą łączyć kropki z większym lub mniejszym uśmiechem. Bo niby śmieszne. Ale zostawię Państwa na stronie 88. Po tej stronie, od 89-tej, kończy się przyjazny świat. Napisałem coś o rodzynkach, w domyśle w serniku? Od strony 89 do końca książki jemy najgęstszą grochówkę. Stanisław Dzikowski nam ją podaje: każde jedno zdanie jest jak łyżka tej grochówki. A w tej łyżce kilka ziaren grochu, raz z kawałkiem kiełbasy, raz z kawałkiem boczku, czasem trafi się kawałek marchewki, a wszystko to w gęstej zawiesinie.

 

Bardzo rzadko spotykana książka, niewielka, w której każde słowo w każdym zdaniu jest potrzebne i wielce ważkie. Ale tym nas karmi Coryllus, książkami dla odważnych, czyli smutnymi.



tagi: dzikowski  niemiec wyszydzony 

atelin
8 sierpnia 2026 09:13
2     640    5 zaloguj sie by polubić

Komentarze:

Autobus117 @atelin
8 sierpnia 2026 14:13

Spędziłem z niemcami wiele lat pełnych przygód głupot i zdumień. Chciałem opisać ale zabrakłoby tuszu w klawiaturze.  No i talentu. Na niemki mówiłem gąski, bo jak szedłem to one za mną jak za mamą, stawałem i otwierałem drzwi aby je przepuścić, one stawały i cierpliwie czekały co dalej, co ja kombinuję i jak to się skonczy? Taka kultura. Liczenie kromek chleba przemilczę, kto w to uwierzy?

PS.Coryllus to gwarancja jakości.

PS2. małe "n" wszędzie - zamierzone.

zaloguj się by móc komentować

atelin @Autobus117 8 sierpnia 2026 14:13
8 sierpnia 2026 15:06

"Liczenie kromek chleba przemilczę, kto w to uwierzy?"

Ja uwierzę. Byłem kiedyś w Kallstadt, taka tam niemiecka wiocha słynąca z weingutów. Nie wiem do dzisiaj jak to nazwać, ale najbliżej temu czemuś było do naszego pensjonatu. Też nie do końca, bo to była bardziej noclegownia dla tych, którzy przyjechali się napić miejscowego wina i nie mogli wracać samochodem. Ale śniadanie rano było. I z żoną dostaliśmy śniadanie. Fajnie wszystko, tylko żona nie zjadła jajka. Następnego dnia na śniadanie jajko tylko ja dostałem.

A tych weingutów było w Kallstadt kilku i każdy robił swoje wina na ruinach rzymskich winiarni.

zaloguj się by móc komentować

zaloguj się by móc komentować